niedziela, 27 stycznia 2013

początek. ciemno.

"pierwsze, co pamiętam, to twój głos w ciemności 
i będę mówić do ciebie tak długo, aż ty też mnie 
sobie przypomnisz"

joanna bator / ciemno, prawie noc 



waldenburg. miasto z betonu i szarości. miasto wyrosłe na poniemieckich gruzach, na nowo zasiedlone, na nowo nazwane.
wałbrzych.  pokryty węglowym pyłem, miejsce w którym zapada się przeszłość, z którego ucieka  kto może. tak jak alicja.
wyjeżdża pospiesznie, szybko, zostawiając gnijące rany, stary dom, rodzinne historie  trzeszczące głośno jak drewniana podłoga.

w wałbrzyskim domu duchy zostają same. czekają.

mijają lata, a ciało alicji pokrywa się grubą skórą. pancerzem. wraca tak jak wyjechała, równie niespodziewanie. nagle. bo w betonie i szarości pojawiają się pęknięcia. sączy się przeszłość. znikają wałbrzyskie dzieci. dlaczego? alicja szuka odpowiedzi. wraca do rodzinnego domu i jego trzeszczącej podłogi, do miejsca zasiedlonego przez widma. 

o czym tak naprawdę jest ta opowieść?

może o tajemnicach zakopanych głębiej niż poniemieckie skarby. o pospolitości, która w szkle powiększającym Autorki nie jest już tym czym się z pozoru wydaje. może o utraconym świecie, którego nijak nie da już odnaleźć, albo o prawdzie, która nie koi. o czasie, pewnie tak samo bezlitosnym jak bestia wojny. czasie, w którego otchłani znikają całe mikrokosmosy. o splątanych drogach i ślepych uliczkach? a może po prostu o każdym z nas. jakiejś jego części.

opowieść zagnieżdża się w czytelniku. czasem słychać jakiś szept, niezrozumiały, cichy.  i dźwięk jakby  uchylających się drzwi. tak jakby widma z kart powieści szukały nowego domu.
jeśli znajdą go w głowie czytelnika. zostaną. będą czekać cierpliwie.

kogo możemy odnaleźć w postaci obłąkanej Rosemarie? kim będzie nas Ewa, co nam powie, co do nas napisze? czy będziemy umieć rozpoznawać kotojady? czy stare ślady, do których i dzisiaj pasują bose stopy alicji są śladami samej Autorki?

Poruszałam się po śladach zostawionych przed laty, zdziwiona, że moje stopy ciągle do nich pasują. Dopiero w pociągu, do którego przesiadłam się we Wrocławiu, poczułam, że naprawdę  jadę  do  miasta  mojego  dzieciństwa.  Nie  ma  już pośpiesznych  na  tej  trasie. Wałbrzych oddalił się jeszcze bardziej od przyspieszającego świata i światowego Wrocławia. Zajęłam miejsce przy oknie w starym osobowym piętrusie i co chwilę dotykałam klucza, wydawało  mi  się,  że  promienieje  ciepłem  przez  skórę  portfela.  Dostałam  go  latem  w prezencie od mężczyzny, z którym związek nie dotrwał jesieni. Dawał mi portfele, torebki, rękawiczki i nie zdążyłam dowiedzieć się, czy ta waginalna symbolika była jego świadomą intencją, której wtedy nie zrozumiałam, czy głosem nieświadomości, którego nie rozumiał on sam. Gładka skóra portfela przypomniała mi twarde wysportowane ciało, które lubiłam, choć jednocześnie nie mogłam znieść jego panoszenia się w moim domu. Gdy odszedł, poczułam ulgę, bo nauczona długim doświadczeniem wiem, co robić, gdy opuszcza mnie kolejna osoba, a źle sobie radzę, gdy ktoś chce ze mną zostać albo próbuje mnie zatrzymać.

Po pogrzebie ojca włożyłam klucz do taniego studenckiego portfela z indyjskiego sklepu i przez piętnaście lat przekładałam do kolejnych. Musiałam mieć go przy sobie i nabrałam zwyczaju sprawdzania przy każdej okazji, czy ciągle tam jest, twardy podłużny przedmiot,  jak kostka  zwierzątka albo  dziecka. Tym kluczem zamknęłam drzwi domu z widokiem na Zamek Książ i wyjechałam z miasta. Do niedawno nie było w Wałbrzychu nic, co skłoniłoby mnie do powrotu czy choćby krótkich odwiedzin.

Inteligentna, melancholijna opowieść. 
kadr z filmu o nieistniejących światach pożartych przez czas.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz